Dojczland, Deutschland...
„(...) Jungingen był wszędzie, w każdej placówce szkolnej i wychowawczej: na siwym stającym dęba koniu, w białym rozwianym płaszczu i z wielkim czarnym krzyżem na piersiach. Wypełniał całą centralną część obrazu. Teraz się zastanawiam, czy ta apoteoza siły polskiego oręża nie jest aby podszyta kompleksem niemieckim. Ulrich wprawdzie za chwilę polegnie, ale za to jak wygląda! Strach wprawdzie rozszerza mu źrenice, ale walczy do końca. Zresztą na jego miejscu każdy by się bał, bo dziki półnagi Litwin zamierza się na niego włócznią świętego Maurycego, a drugi facet w krótkich portkach i czerwonym katowskim kapturze – toporem. Zdaje się, że chodzi tutaj po prostu o rytualne zabójstwo Niemca, chodzi o coś w rodzaju ofiary złożonej z Jungingena. Bo niby skąd u zarośniętego Litwina włócznia zawierająca gwóźdź z Krzyża Świętego? Dlaczego facet w krótkich portkach ma na głowie czerwony katowski kaptur? Zapomniał się przebrać, ruszając pod Grunwald? Jakaś perwersja w tym tkwi albo prasłowiański zabobon. I wszystko w formacie dziesięć metrów na cztery, albo przynajmniej osiem na trzy. I reprodukcje w każdej szkole, w każdej klasie. Żeby sobie pierwszoklasiści zapamiętali krwawą ofiarę z Niemca.”[1]
Przytoczony powyżej fragment książki „Dojczland” Andrzeja Stasiuka bardzo mnie śmieszy, co więcej, śmieszy mnie niezmiennie, ile razy bym go nie czytała. Nie wiem, czy dlatego, że jest tak językowo brawurowy czy dlatego, że dotyka mojej własnej pamięci o owym „rytualnym zabójstwie Niemca”. Pamięci związanej tak z obrazem Matejki, co z dziecięcą lekturą Krzyżaków Sienkiewicza, Czterech pancernych i psa, Stawki większej niż życie, czy też z zabawami w wojnę na podwórku, podczas których nikt za żadne skarby nie chciał być Niemcem. Każdy chciał być natomiast polskim partyzantem lub powstańcem, nawet jeśli ten nie miałby broni. Bronią (dla jasności była to przeważnie sztuk słownie: jedna, ale nie patyk tylko prawdziwa) można było skusić kandydatów na Niemców i był to niekiedy jedyny ku temu skuteczny fortel. Z tego, co pamiętam, to już lepiej było być Ruskim i ruszać z naszymi na Berlin. Berlin był wtedy niezwykle blisko, bo na sąsiednim podwórku i często stawał się jeszcze tego samego dnia lasem Sherwood, bądź też zupełnie innym miejscem w zależności od potrzeb.
Stąd, tym bardziej paradoksalnie trwała wydaje mi się ta pamięć o Jungingenie, germańskiej sile i zagrożeniu płynącym z jej nigdy do końca ujarzmionej potęgi. Może ta pamięć powinna gdzieś zostać wśród podwórek, szkolnych korytarzy, ale tak się nie dzieje. Stereotyp Niemca wroga, choć sąsiada, któremu się nie ufa i do którego nie czuje się sympatii wciąż jest żywy, również w swojej najbardziej dziecinnej, zabobonnej nieco formie. Czasem echa tradycyjnie negatywnego, niekiedy nawet mocno przerysowanego obrazu Niemca[2] stają się widoczne w prasie, w wypowiedziach na internetowych forach, czy w politycznej dyskusji wywołane przypadkiem jakimś wydarzeniem, publikacją, premierą filmową. Choć negatywny stereotyp powoli się zmienia, przeobraża pod wpływem nowych warunków i sytuacji, przybiera inne formy.
Stereotypy, wspomnienia i niemiecka dusza
Nie jestem pewna, czy Jungingen w białym płaszczu także dziś tak powszechnie toczy dzikim wzrokiem ze ścian szkolnych sal, być może również i zły Niemiec z dziecięcych zabaw jest mniej stereotypowym wyobrażeniem a już bardziej nostalgicznym wspomnieniem z dzieciństwa. Wspomnieniem przywoływanym chętnie, służącym niekiedy za namiastkę doświadczenia pokoleniowego, z braku innych. Wspomnieniem nieco śmiesznym a po trosze może nawet do pewnego stopnia przerażającym, choć w wielu aspektach przebrzmiałym, przynależnym powoli dla wspominających do tego samego porządku, co i las Sherwood.
Lektura „Dojczland” prowokuje do zastanowienia się nad polskim postrzeganiem Niemców, ale też i nad tym, czym jest wspomnienie, wrażenie, ulotność doświadczenia. Pisarska peregrynacja Stasiuka po Niemczech to próba stworzenia czegoś na kształt nie tyle dziennika jednej podróży, co utrwalenia wspomnień z wyjazdów i powrotów, bo przecież raczej nie pobytów. Wrażenia z rozpisanych na lata, wielu podróży po Niemczech, owo pisarskie tournée przypomina też niekiedy podróż jedynie wyobrażoną, tak jakby autor tak naprawdę nie ruszał się z miejsca. Tak jakby zmiana miejsc pobytu tak częsta, odmierzana noclegami w niezliczonych hotelach, wędrówkami na dworzec i z powrotem nie pozostawiała po sobie większych śladów w pamięci tylko jakieś fragmenty, nie wiadomo czy rzeczywiste czy może zmyślone obrazy. Ulotność, migawkowość, anegdotyczność sprawiają, że „Dojczland” jest zbiorem wrażeń zbieranych po drodze. Można zaryzykować spostrzeżenie, że to z jednej strony szybko skreślona widokówka, zapiski na marginesie biletu, a z drugiej poemat o podróży niczym Moskwa – Pietuszki Jerofiejewa.
Wrażenia z podróży nie są jednak ani tak chaotyczne, ani przypadkowe jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, one są podporządkowane pewnym poszukiwaniom. Pisarz Stasiuk próbuje, jak sądzę, na marginesie galopady żartobliwych spostrzeżeń, mimochodem i ironicznie dociec istoty germańskiego fenomenu, owej zagadkowej niemieckości. Próbuje stworzyć ironiczną koncepcję niemieckiego poczucia formy, która jest rodzajem tożsamościowego garnituru, struktury zachowań, który jednocześnie wystarczająco krępuje ruchy by utrzymać niepokojący żywioł niemieckości w ryzach. Koncepcja, jeśli jest czymś więcej niż ironicznym zabiegiem przebiegłego autora, przekonuje i jest zabawna, ale nie wyjaśnia, czym właściwie jest ten żywioł niemiecki. Nawet nie wiem, czy jest on taki znów niemiecki, może być równie dobrze ogólnoludzki jak i owo poczucie formy. Mówiąc ogólnoludzki, mówię ostrożnie, bo jak wiadomo Niemcom z racji braku zdolności do porozumiewania się, pełnego człowieczeństwa odmówiono już dawno temu.
Kiedyś mnie samej udało się znaleźć, nieco przypadkowo, w samym środku Lasu Teutoburskiego a mimo to nie znalazłam tam rozwiązania zagadki niemieckiej duszy. Widziałam natomiast dworzec autobusowy, który gdyby nie budki z kebabami wyglądałby jak dworzec autobusowy w Gdyni lub Krakowie poza sezonem turystycznym. Przyglądałam się też starszym paniom, które w niedzielne przedpołudnie wydłubywały metodycznie czymś na kształt widelca niesforne pędy trawy spomiędzy płyt chodnikowych przed swoimi domami. Może zatem, niemieckość można odnaleźć gdzieś w pół drogi między tym dworcem autobusowym a perfekcyjnie wysprzątanymi obejściami, między „uregulowaną zewnętrzną klarownością a wewnętrzną anarchiczną melancholią”[3].
W poszukiwaniu przewodnika
„Dojczland” Stasiuka jest zabawną opowieścią gawędziarza, wędrowca, który jakby przypadkiem zapuścił się w germańskie strony a wolałby trafić zupełnie gdzie indziej, może na przykład na Bałkany. Z braku innych możliwości, pochyla się więc nad niemiecką zagadką, no, bo dlaczego nie. I jak w przypadku innych, podobnych zagadek: polskich, włoskich, brytyjskich rozwiązania nie widać, ale jego poszukiwanie fascynujące.
Książka Stasiuka przypomniała mi o kilku publikacjach dotyczących Niemiec, które można znaleźć, jeśli jeszcze nie na półkach księgarskich, to zapewne w każdej bibliotece, a które to podpowiedzieć mogą wiele, poszukującym odpowiedzi na pytania o Niemcy. Z początku myślałam by zestawić Stasiuka z Wolfgangiem Büscherem i jego Podróżą przez Niemcy[4], ale to nie byłby chyba dobry zestaw. Bo Stasiuk przez Niemcy właściwie przebiega z wiecznie napiętym kalendarzem spotkań, jak to u wizytującego pisarza, a Büscher przechadza się powoli z dala od głównych dróg, opowiadając nastrojowo i może nieco sentymentalnie historie wiejskie, ciepłe, miłe ale i też, te okrutne. Büscher często opowiada historie innych, napotkanych przypadkiem ludzi, Stasiuk opowiada swoją własną. Lektura obu autorów pozwala zastanowić się nad tym, o czym próbują powiedzieć, dlaczego i czy jest to niemieckie.
Książką, którą jako pierwsza przychodzi na myśl, gdy myślę o publikacji, która mogłaby spełniać rolę bardziej systematycznego przewodnika po kulturze niemieckiej są – może nieco podręcznikowe, ale wartościowe dla początkujących i zaawansowanych poszukiwaczy – Dzieje kultury niemieckiej[5]. Tom powstał jako praca trzech uczonych: Czesława Karolaka, Wojciecha Kunickiego i Huberta Orłowskiego. Opracowanie to jest ciekawe, syntetyczne, choć jego lektura nie jest niestety tak wciągająca jak zbiorku esejów Joachima Trenknera Naród z przeszłością. Eseje o Niemczech[6]. Krótkie, błyskotliwe formy autora wcześniej ukazywały się na łamach między innymi „Tygodnika Powszechnego” i są po prostu znakomite czytane na wyrywki, w małych i dużych porcjach. Niewielki format książki prowokuje do zabrania tomiku ze sobą w podróż, może właśnie do owej dzisiejszej Germanii, którą autor esejów wielokrotnie, lecz nie bez poczucia humoru, na dobre pozbawia aury tajemniczości. Zatrzymując się na chwilę przy współczesnych Niemczech, warto też wspomnieć o publikacji Otwarta brama[7] redaktora naczelnego Magazynu Polsko-Niemieckiego „Dialog” Basila Kerskiego, wydanej w roku 1999 przez olsztyńską Borussię. Zbiór tekstów z lat 90-tych ubiegłego już wieku nomen omen otwiera interesującą perspektywę na Niemcy, dyskusje i problemy po zjednoczeniu. Z kolei w zeszłym roku Borussia opublikowała Niemieckie dzieje w XIX i XX wieku[8] Golo Manna, które to obszerne, historyczne dzieło stanowić może dopełnienie wspomnianych już Dziejów kultury niemieckiej.
Mogłabym wymienić jeszcze co najmniej kilka publikacji o Niemczech, o polsko-niemieckich relacjach, a w końcu niemieckojęzycznych autorów – wszystkie pomagają poszukiwać mitycznej niemieckiej zagadki. Pozostaje tylko czytać no i, rzecz jasna, jechać. Jechać w poszukiwaniu niemieckości, a może nawet i polskości wśród Teutoburskiego Lasu, paradoksalnie możliwej. Jechać, by zgubić po drodze obraz Ulricha von Jungingena lub obraz hałaśliwego typa w drogim samochodzie, a znaleźć...no właśnie, co?
Własną niemiecką opowieść.
Marta Brzezińska
[1] Andrzej Stasiuk, Dojczland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007, s. 63-64.
[2] O stereotypach narodowych, w tym o polskim obrazie Niemca, Zob. Narody i stereotypy, pod red. Teresy Walas, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 1995.
[3] Thomas Beckermann, Niemiec – w sprzeczności z samym sobą, w: Narody i stereotypy, pod red. Teresy Walas, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 1995, s. [182]. Parafrazując autora, pomiędzy wydaje się być dobrym stanem dla niemieckości, zanim ta symetria ulegnie zakłóceniu i niemieckość stanie się określeniem i synonimem czegoś dotąd niewyrażalnego, niewyobrażalnego.
[4] Wolfgang Büscher, Podróż przez Niemcy, przeł. Renata Makarska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007.
[5] Czesław Karolak, Wojciech Kunicki, Hubert Orłowski, Dzieje kultury niemieckiej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006.
[6] Joachim Trenkner, Naród z przeszłością. Eseje o Niemczech, Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Poznań 2004.
[7] Basil Kerski, Otwarta brama. Niemcy między zjednoczeniem a końcem stulecia. Szkice i rozmowy, Wspólnota Kulturowa Borussia, Olsztyn 1999.
[8] Golo Mann, Niemieckie dzieje w XIX i XX wieku, przeł. Andrzej Kopacki, Borusssia, Olsztyn 2007.
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -