Stowarzyszenie

Jak było w Perebrodach?

Baba Nastia

 Do Perebrodów trafiliśmy w 2002. Z grupą przyjaciół z Warszawy i z Równego jeździliśmy po ukraińskich wsiach szukając ciekawych, starodawnych pieśni. Wiedzieliśmy, że Perebrody są na końcu świata, i że do niedawna nie było tam w ogóle drogi. Kiedy za pierwszym razem dotarłyśmy tam we dwie z Moniką i szłyśmy, onieśmielone, przez wieś, spytałyśmy jakąś kobietę czy może słyszała o kimś, kto tu dawniej śpiewał. Zaprowadziła nas do swojej matki, Nastii Grigoriewny Czumuniewicz. Do niej z kolei wpadła po chwili przyjaciółka Hanna - kiedy usłyszały, że interesują nas starinne pieśni od razu zaczęły śpiewać. Już wiedziałyśmy, że jesteśmy we właściwym miejscu.

Dom Nastii stał się naszym domem. Raz zdarzyło się, że przyjechaliśmy w nocy i nie chcąc jej budzić siedzieliśmy w krzakach i czekając na świt. Dostaliśmy wtedy od Nastii taką reprymendę, że od tej pory pukaliśmy do drzwi o każdej porze dnia i nocy ? a ona otwierała nam z szerokim uśmiechem.

Rano Nastia wstawała na długo przed nami. Doiła kozę Tamarę, obierała ziemniaki, paliła w piecu, gotowała dla nas barszcz na śniadanie, smażyła słoninę do kartofli, a czasem świeże karaski. Krzątała się koło pieca niespiesznie, ale sprawnie. Budziło nas jej wołanie: - Diwczata! rebiata! wstawajte, snidajte! Biegliśmy do kuchni - do małego domku z niebieskim okienkiem, waląc głową o niską framugę niebieskich drzwi. I kiedy zaspani sadowiliśmy się na ławkach wokół stołu, na którym stało już jedzenie, Nastia dyskretnie odmawiała modlitwę. Czekaliśmy aż usiądzie, wyciągnie spod stołu butelkę wódki (na stole nie trzymała, żeby się nie schodzili nieproszeni goście), naleje wszystkim po kieliszku i wzniesie toast: - Szczob wsi zdorowi buli. Szczob my szcze wstreczalisa. Dopiero po takim błogosławieństwie braliśmy łyżki i zaczynaliśmy jeść, najczęściej ze wspólnych talerzy. Kiedy przywoziliśmy w prezencie ładne kubki, żeby było więcej naczyń, znajdowaliśmy je potem w pokoju na odświętnym stole, wśród zdjęć i innych pamiątek.

Tak jak i inne starsze osoby z Perebrodów Nastia pamiętała: - U nas była Polszcza. Potem Polszcza odeszla, przyszli sowiety, potem odeszli sowiety i przyszli Niemcy, a potem znowu przyszli sowiety. Starsi ludzie kończyli po dwie, trzy klasy w polskiej szkole. Są dumni, że znają kilka polskich słów, a czasem nawet całe przedwojenne wierszyki.

Pod koniec wojny Niemcy spalili wieś. W opowieściach starych ludzi czas dzieli się: do pożaru i potem. - Nie zostało nic, ani cerkwi. - opowiada Nastia - W lesie my w szałasach żyli. Całą zimę. Po kilka rodzin, bez komina, dym gryzł w oczy. Tkacki warsztat na dworze ludzie rozstawiali, między brzozami. W ziemi została nasza piwnica, a w niej kartofle. Ja miałam 9 lat, mama uszyła mi z płótna torbę i z tą torbą wędrowałam z lasu do piwnicy po kartofle. Może 10 km do wsi było. Ojciec ostrzegał żebym uważała, żeby mnie Niemcy nie zobaczyli. Nie bałam się przez las iść. Nakładę kartofli do torby i niosę, po drodze zajdę do baby, pogawędzę, a jutro znowu idę.

Wychowała pięcioro dzieci. Opowiada jak przędła, a nogą kołysała dziecko i śpiewała: - Śpij dziecino, niech hulaje maty molodaja.

I później w domu Nastii zawsze kręciły się dzieci - jej wnuki. Lubiły być z babą, nieraz u niej nocowały. A w ostatnich latach miała też dochodzącego przyjaciela Iwana, zwanego Krawcem. Kiedyś w marcu przywitała nas ze łzami, bo w radiu mówili, że w Polsce straszne mrozy, a my nie dzwoniliśmy, ani nie przyjeżdżaliśmy przez kilka miesięcy, więc wszyscy uznali, że pozamarzaliśmy na śmierć i już po nas płakali. Do dziś nie wiem, czy łzy były prawdziwe, czy jak zwykle Nastia robiła oko i nas nabierała.

Mówiła: - Nie chce się wam jechać,  to zostawajcie! Robota zrobiona, teraz do wiosny będziemy siedzieć i śpiewać. A ja się na was napatrzę, na wsegdy. Powtarzała powiedzenie swojego ojca: - Ne sto rublej tobi bude, ale sto druzjej - leksze bude żyty.

Pieśni pojawiały się u niej nie wiadomo skąd, dosłownie co chwilę. Śpiewała je swoim niskim, chropawym głosem, ale wesoło i zadziornie.

- Jak byłam mała ojciec brał mnie ze sobą do lasu, jak szedł kosić siano. Szliśmy daleko, na kilka dni, nocowaliśmy w szałasie z gałęzi. On kosił calutki dzień, a mnie na pieniek stawiał, żebym mu śpiewała. I borowe pieśni, i jakie tam chciałam. Wtedy śpiewałam i teraz na starość też śpiewam.

Kiedyś ludzie śpiewali i śpiewali. Krowy jak pasą - jedna tu śpiewa, druga tu śpiewa. A teraz cisza. Teraz nawet ptaszków już nie słychać.

Teraz nikto nie umie śpiewać. A z nas się naśmiewają - że artistki. A jak my pomrzemy to nawet takich bezzębnych artystów ne bude.

I chociaż zwykła mawiać, że jest już stara, czas umierać, że kiedyś przyjedziemy, a tu chata będzie pusta - wcale w to nie wierzyliśmy.

Nadia

Od Nastii trafiłyśmy do Nadii. Hanka nas zaprowadziła do jej chaty, na samym końcu wsi. Powiedziałyśmy, że interesują nas stare pieśni i zostałyśmy przyjęte jak należy, posadzone za stołem. Przyszła sąsiadka, przyszła krewna, zapowiadała się kurtuazyjna wizyta. Nadia od razu zaczęła śpiewać, nie trzeba jej było dwa razy prosić. Hanka jej basowała. Słuchając ich wpadłyśmy w zachwyt. A Nadia przypominała sobie wciąż nowe pieśni. Jej wibrujący głos magnetyzował nas, a ją samą gdzieś unosił. Przeobrażała się z zapracowanej, starszej osoby w piękną, promienną kobietę. Grzecznościowa wizyta dawno powinna była dobiec końca - a tu minęły dwie, trzy godziny, sąsiadka i krewna poszły do domu, a Nadia rozkręcała się w najlepsze, oczy jej błyszczały. Nad ranem już rozumiałyśmy, że tu życiem nie żądzą konwenasne, tylko ochota - i bardzo nam się to podobało.

Nadia jako dziecko uczyła się pieśni od swojej ciotki: - Do lasu mnie brali, bo grabić trzeba, snopki wiązać, pomagałam ciotce. To oni porobią wszystko, a potem jak słońce zachodzi, to ciotka nasza jak zaśpiewa, zaśpiewa, i tak idzie głos po lesie! I ja wszystko przejęłam, wszystkie jej głosy znam.

Nadia wiele w życiu przeszła. Wychowywała się bez ojca, który zresztą miał wielki talent - uczył się na księdza, pięknie śpiewał i grał na różnych instrumentach. Umarł młodo - horilka zjela. Również przez wódkę umarł wcześnie jej mąż. Tego samego roku syn zginął w wojsku.

- Ja lubię takie smutne pieśni. Takie jak z życia. Moje życie tak się składało, że ja wdowa, mąż mi umarł, i syn, jak sobie zaśpiewam takie żyzniane pieśni wydaje się, że zdrowia mi przybywa. Jak tak o swoim życiu zaśpiewam. A tych takich popularnych, ukraińskich pieśni to nie lubię, takich: ?Jak spotkałem cię moja ptaszyno?? ? jak to słyszę to już mogę wyjść, odejść od stołu, mnie się takich słuchać nie chce. Mnie trzeba, żeby mnie samą za duszę brało, takich pieśni sobie szukam.

Nadia wychowywała się z Iwanem Petrowcem, zwanym Bondarko. Jego matka i jej matka to były rodzone siostry. Po wojnie, po pożarze, żyli w jednej chacie w dwie rodziny. On i ona półsieroty. - To moja Nadia, siostra jedyna, oprócz niej nie mam nikogo ? mawiał Bondarko. - To my tak się wspieraliśmy z Iwanem. Tak wieczorem, ciemnieje, taki płomyk był na całą izbę. Każą nam miąć paździerze, to ja poskaczę po tym, a jak skończymy, jak dobrze ściemnieje to siądziemy sobie z Bondarkiem przy łuczywie w chacie, albo przy księżycu,  za stogiem i dawaj śpiewać. Jakże nam pięknie wychodziło, we dwoje!

Teraz ja wiem: w Perebrodach dużo jest takich co śpiewają, ale głosu mojego nigdzie nie ma. I Bondarko tak mówił ? jak nie będzie Nadii, to takiego głosu w Perebrodach już nikt nie znajdzie. Oni wszyscy śpiewają za mną, tylko za mną. Sami też śpiewają, ale tak śpiewają?, no jak?, głosu nie ma, takiego żeby brał jakiś żal. Ot, posłuchać, takie sobie tralie walie...

Baba Hanna

Hanka przybiegała do Nastii zawsze zaraz potem jak przyjechaliśmy. Przynosiła siaty z suszonymi rybami, z grzybami, z słoikami z sałatką.

Jej małżeństwo nie było udane i nie trwało długo. Mąż przyszedł w prymaki, czyli zamieszkał u niej, w jej rodzinnej chacie. Półtora roku z nim była, urodziła córkę, a potem on poszedł do wojska. Jak z wojska wrócił, to się okazało, że ma w głowie trochę nie tak - tu trzeba pracować, wszyscy muszą pracować, a jemu nie bardzo się chciało. Więc go wygoniła, bo po co jej taki. Nie bała się o to jak córkę wykarmi i wychowa, bo mieszkała przy rodzicach i wiadomo było, że z pomocą rodziny da radę. Córkę wychowała, wykształciła.

Jest nieprawdopodobnie żywotna i silna. Pracuje na równi z pozostałymi członkami rodziny ? tymi z młodszego i jeszcze młodszego pokolenia. Ma wysoki, ostry głos. Pokazała nam jak się śpiewało pieśni borowe - kiedy jesteś w lesie, zbierasz grzyby czy żurawinę, albo pasiesz krowy, wspaniale jest tak zaśpiewać, aby twój głos słychać było daleko, daleko, na drugim końcu boru. Jeśli zakryjesz uszy dłońmi to wibrujący głos o mało nie rozsadzi ci głowy, czujesz jego moc - to bardzo przyjemne. A jak wejdziesz na pieniek, głos poleci jeszcze dalej...

Jest ruchliwa i zwinna jak dziewczynka. Jej ciało podskakuje do tańca gdy tylko gdzieś usłyszy muzykę. To spiritus movens całej kompanii. Rozśmieszacz, a zarazem mediator w sporach. Gderliwa, ale z sarkastycznym poczuciem humoru. Ostry głos i cięty dowcip.

- Moje dzieci i wnuki nie śpiewają tych starych pieśni. Dlaczego?Bo nie umieją. Córka chce, próbuje ze mną, ale ona tak nie umie, nie może. Tak żeby pidwela - pierwszym głosem zaśpiewała, teraz głosu nie ma takiego. Oni i zazdroszczą. Wnukom i prawnuczce podoba się jak ja tańcuję, po starinnomu, ale sami tak nie umieją, nie wychodzi. U nich nie ma takiego głosu, nie ma niczego. Nikt nie nauczy się moich pieśni, nikt. Z moich dzieci nikt.

Bondarko

Dawniej, kiedy do Perebrodów nie dochodziła droga, przez bagienne tereny dojeżdżała tu ciężarówka zwana gruzotaksi. Oraz dolatywał samolot. Dwunastoosobowy kukuruźnik raz czy dwa razy dziennie przewoził ludzi z Dubrowicy i z powrotem. Lotnisko było na łące za domem Iwana Petrowca, a on sam był jego zawiadowcą. Zanim samolot wystartował, trzeba było sprawdzić czy nikt się nie zbliżył, czy ptak nie zaplątał się w śmigło, a jeśli wszystko było w porządku, krzyczało się: Ot winta!

Początkowo, kiedy przyjeżdżaliśmy do Perebrodów, Bondarko nie chciał śpiewać. Nie dawał się namówić. Przeżył śmierć syna, smierć żony, nie miał ochoty ani na śpiewanie, ani na kontakty towarzyskie. Dopiero po kilku latach do nas dołączył. Ciekawy świata, wypytywał nas o politykę, a my jego o historyczne realia tych okolic. Był jednym z ostatnich dudarów w Perebrodach - grał na dudce wykrutce czyli fujarce, którą sam wykręcał z drewna młodej sosny. Gospodarz pełną gębą - miał krowy, konia, uprawiał pole. Chociaż mieszkał sam i lat mu przybywało, nie chciał rezygnować z tego gospodarzenia - sam robił sery, masło, łowił ryby.

- A jak mnie tak coś za serce chwyci to wyciagam spod łóżka bajan i tak sobie tam da ram... Kobiety mówiły, że miał trudny charakter - porywczy, emocjonalny. O to, jak idą słowa pieśni kłócili się z Nadią do upadłego, nieraz cały wieczór, a nawet do następnego dnia. Bo i dla niej, i dla niego pieśń to rzecz święta. Nie można zamienić słów, bo pieśń nie będzie wtedy pieśnią. A kiedy wszystko brzmiało dobrze, zwrotka po zwrotce szła jak trzeba, wszyscy śpiewający zatapiali się wibracji głosów, w muzyce i w opowieści. Gdy wybrzmiała ostatnia zwrotka Bondarko mówił do śpiewających: - dziękuję za pieśniu.

Świat naszych śpiewaków z Perebrodów, to świat, w którym codzienna, ciężka praca i ludzkie tragedie mieszają się ze śpiewem i ze śmiechem, z kolorami malowanych okien, kwiatów w ogrodach, kwiatów na chustkach, makatkach. Tu nawet trumnę obija się tkaniną w jaskrawe, kwieciste wzory. 

Po śmierci Nastii i Bondarka (w 2007), do grupy śpiewaków dołączyły następne osoby: Nastia Mojsiejewna i Herasim - ostatni dudar w Perebrodach. Kiedyś na łąkach i w lesie wokół wsi słychać było dźwięki fujarek. Kiedy ostatnio Herasim wziął swoją dudkę i grał na niej pasąc krowy, z oddali podeszła do niego stara, zapłakana kobieta. Musiała przejść kawał drogi żeby zobaczyć kto to gra ? wzruszyły ją dźwięki z przeszłości.

Jagna Knittel