Stowarzyszenie

Swarycewicze

Wieś Swarycewyczi od lat 70. jest bardzo popularna wśród badaczy archaicznej kultury słowiańskiej. Zarówno w pismach naukowych, jak i w regionalnej prasie podkreśla się, że jest to miejsce, gdzie zachowały się obrzędy „z czasów przedchrześcijańskich”. Śpiewaczki ze Swarycewycz odprawiające obrzęd „Wodinja Kusta” niejednokrotnie były bohaterkami audycji telewizyjnych i filmów dokumentalnych. Co roku w Dzień Świętej Trójcy (w Polsce: Zesłanie Ducha Świętego), czyli na Zielone Święta, słyszymy w Równym w regionalnych mediach słowo „Swarycewyczi”.

Pierwszy raz trafiłem do Swarycewycz w 2001 roku. Tutejszy „Kust” był dla mnie tematem egzotycznym i intrygującym – wybrałem się z moim przyjacielem, malarzem, do tej „archaicznej” krainy aby go zobaczyć, doświadczyć.

Po przyjeździe poszliśmy prosto do cerkwi, potem tak jak wszyscy, na cmentarz. Stara część cmentarza w Swarycewyczach to właściwie las – wysokie sosny i brzozy, na których gdzieniegdzie wiszą ule zrobione z wydrążonego pnia. Ziemię pokrywa gęsty dywan z barwinku. Na miejsce najstarszych grobów wskazują wielkie kamienie. Jeszcze niedawno można było tu zobaczyć ślady dawnych zwyczajów - kłody kładzione na grobie, drewniane, namogilne „chatki”, zbudowane tradycyjnym sposobem.
 
Starzy, młodzi, dzieci, szli na cmentarz niosąc naręcza klonu i tataraku. Na grobach swoich bliskich zatykali klonowe gałązki, sypali na mogiły tatarak. Ktoś szeptał: „Oj mój braciszku, ja do ciebie w święto Kusta przyszłam...”, a z wielu zakątków rozbrzmiewały  śpiewne lamenty. Szum wiatru, jasne słońce, śpiew ptaków i głośny, melodyjny płacz – takie było moje pierwsze wspomnienie ze Swarycewycz.

Dawny obrzęd „Wodinja Kusta” polegał na chodzeniu po wsi z dziewczyną owiniętą zielonymi gałęziami klonu. Grupa dziewcząt lub kobiet, trzymając się pod ręce chodziła od chaty do chaty śpiewając „kustową”, rytualną pieśń. Tym obrzędem obłaskawiano duchy przodków, aby odwzajemnili się pomocą w nadchodzącym cyklu wegetacyjnym i zapewnili bujne plony. Tymczasem my przekonaliśmy się, że dziś już nikt tak naprawdę z Kustem nie chodzi - rytualne chodzenie zastąpiono występami na scenie z mikrofonami. Po obejrzeniu tych występów, rozczarowani, siedliśmy z przyjacielem na ławeczce przy głównej ulicy, usiłując otrząsnąć się i zebrać myśli. Niebo zasłaniała ogromna, ciemnoniebieska chmura. Obok nas przechodzili ludzie i co chwilę ktoś zagadywał: Chłopcy, chodźcie do nas, „w Kusta”, w gości! Pytali: A gdzie wy będziecie nocować?. Już po chwili przyjęliśmy zaproszenie, zostaliśmy u nich na noc, potem na jeszcze jedną, i jeszcze…
 
W Święto Trójcy zwane tu „Kustem” zjeżdżają do domu ci, którzy wyjechali do szkół albo na zarobek. To wielkie święto. Idą do cerkwi, na cmentarz, zaglądają na bazar specjalnie organizowany w tym czasie w centrum wsi. Wieczorem młodzież schodzi się do klubu disco, gdzie bawi się do rana. Starsi siadają na ławkach wzdłuż drogi. Dawniej, zebrawszy się śpiewali, dziś gawędzą. Nikt nie myśli o pójściu spać, do domów rozchodzą się bardzo późno. Nie ma już obrzędu, ale w ludziach żyje nastrój dawnego święta. Zrozumiałem, że chociaż „Kust” jako obrzęd już zaniknął, to szczególna atmosfera panująca w Swarycewyczach w jakiś sposób go „konserwuje”, kultywuje. To nie tylko atmosfera święta, ale odczuwanie wspólnoty z rodziną i przodkami, poczucia bezpieczeństwa, jedności ze światem – tym i tamtym. Do tego intensywny, niemal transowy, rytualny śpiew – dla mnie to było wielkie przeżycie.
 
   Obecnie wielu gości przyjeżdża do wsi na Trójcę, również całkiem obcych. Jednego roku do Olgi Czudynowycz zjechało się niemal 50 osób, wśród nich goście z Niemiec i Ameryki. W przeddzień święta cudzoziemcy obserwowali zabieganych mieszkańców, pracujących w polu i wokół domu, a wieczorem – wystrojoną młodzież, zmierzającą do klubu na imprezę. O Swarycewyczach powiedzieli: „Za dnia Afryka, nocą Ameryka!”.

    Wieś podczas ostatniego stulecia kilkakrotnie zmieniała swój wygląd: w czasie wojny została zbombardowana, a potem spalona doszczętnie przez Niemców. Ludzie schronili się w lesie w ziemiankach, później pobudowali tam chaty, a kiedy już było bezpiecznie, rozbierali je i przewozili do wsi. Niektóre z naszych zaprzyjaźnionych śpiewaczek  urodziły się tam w lesie. Olga Kostyukevitch mawiała: Moja pępowina w lesie zakopana. Za sowieckiej władzy, został zmieniony naturalny krajobraz wsi - aby osuszyć okoliczne błota wyrównano koryto rzeki Stubły i osuszono sąsiadujące z nią okoliczne bagna.
 
   Kiedy myślę o Swarycewyczach zawsze przychodzi mi na myśl centralna  swarycewska ulica, wzdłuż której rozmieszczone są domy. Jest ona podobna do tętniącej arterii – nieprzerwanie jeżdżą tu wozy zaprzężone w konie, rowery, motory, samochody. Gospodarze i całe rodziny jadą rano na swoje pola rozrzucone w środku lasu lub na osuszonych bagnach wokół rzeki, a wieczorem wracają do domu. Na ławkach wzdłuż ulicy siedzą starzy i młodzi.
 
   Swarycewycze urzekają stosunkami między ludźmi. Tu poczucie własnej wolności nie wiąże się z osamotnieniem. „Wol’nomu wol’a”! - „wolnemu-wolność!” – to ulubione powiedzenie starszych mieszkańców wsi. Swarycewyczanie zawsze jawili mi się jako ludzie niezależni. Pamiętam wrażenie jakie zrobiła na mnie pewna kobieta rozmawiając z przedstawicielami władzy wiejskiej - to była rozmowa równego z równym, bez lęku przed, bądź co bądź władzą. Niezwykłe, jak na człowieka ze świata, w którym tak silnie panuje hierarchia. Spodziewałem się, że tam czołobitność przed władzą będzie jeszcze silniejsza niż w mieście, tymczasem jest na odwrót. Podobnie w rodzinach - wszyscy tak samo pracują, czy to w domu, czy na wyjazdach zarobkowych. Mężczyzna i kobieta stoją na równi (choć na pierwszy rzut oka wygląda to na matriarchat). Starsze dzieci doglądają młodszych, razem chodzą do lasu po jagody, grzyby, pracują w polu razem z dorosłymi. Wokół wiele jest harmonijnych par dożywających razem starości – obrazek nieczęsty w tym regionie, gdzie standardowo alkoholowa degeneracja niszczy większość mężczyzn. Wieś jest pełna życia, dobrze funkcjonująca, młodzi zostają, budują domy. A jednocześnie w ludziach żyje świat dawnych wartości, wszechobecne jest poczucie jedności z rodziną, rodem, przodkami – z tego i tamtego świata.
 
 Tutaj wszyscy „obcy” szybko stają się „swoimi”. Przypominam sobie otwarte, uśmiechnięte oblicza gospodarzy, u których zdarzało nam się nocować. Któregoś roku na Trójcę zebrało się nas 14 osób u Niny Andrijivny Kuzło. Ktoś chciał iść spać na strych. Gospodyni powiedziała, że nie przystoi wypuszczać nikogo z domu, i że znajdzie się miejsce dla wszystkich.
 
Niektórych z naszych swarycewskich przyjaciół już nie ma. Dziadek Bartoś napoił nas wodą ze studni. Jak tylko się zapoznaliśmy usiadł i zaczął opowiadać bajkę o dwóch braciach, którzy poszli w świat i wbili w drzewo nóż, który miał pokazywać co dzieje się z drugim bratem – kiedy nóż oblał się krwią jeden brat pobiegł ratować brata. Różne bajki nam opowiadał. Chodziliśmy z nim na ryby, patrzyliśmy jak pędzi samogon. A dwa lata temu, na cmentarzu, byliśmy przy jego grobie kiedy jego krewni „budzili go”: zgodnie ze zwyczajem, zaścielili na świeżej mogile tradycyjny obrus, „żeby ziemia na oczy nie leciała” i spożywali obrzędową wieczerzę – strawę z chleba rozmoczonego w wodzie z miodem. Nie żyje już Olga Kruliha, która jako pierwsza przyjęła nas do siebie, a potem wielokrotnie gościliśmy u niej. Nie żyje jej siostra, utalentowana śpiewaczka Olga Czudynowycz, której chata stała się dla wielu osób z różnych stron gościnnym schronieniem. Zapadły mi w pamięć jej opowieść o tym, jak piorun uderzył tuż obok niej w ziemię, kiedy poszła z dziećmi po jagody, jej wspomnienia o  rodzicach, zwłaszcza o matce, która uczyła ją śpiewać.

Kiedyś zapragnęliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwe bagno. Było lato i  powinna już dojrzewać żurawina. Olga Kruliha, Olga Czudynowycz i Maria Bartosiha namówiły dziadka Andrija żeby zaprzągł konia. Przejechaliśmy sosnowym borem aż do uroczyska i przywiązawszy konia do drzewa, zeszliśmy do ogromnej doliny porośniętej podmokłą trawą i niskimi sosnami. Przeszliśmy w gumiakach po wodzie i wyszliśmy na piaszczyste wzgórze porośnięte wysokimi sosnami. Pośrodku wzgórza było jeszcze jedno bagno, „trzęsawisko” jak mówią miejscowi. Trzęsawisko uginało się  pod nogami jak dywan, pod którym zebrała się woda. Na kępach, po rozgarnięciu rękami trawy, kobiety pokazały nam czerwone owoce żurawin - tego roku „urodziły”. Pośród trzęsawiska ciemniały dwa niewielkie jeziorka, pokryte białymi kwiatami. „Patrzcie chłopcy, tu u nas bardzo dobra woda”, nacisnęły rękami mech i spod niego nabrały dłońmi przejrzystej, zimnej wody. Okazało się, że można ją pić -miała przyjemny, słodkawy smak i zapach ziół. Potem kobiety śpiewały nam różne „leśne” pieśni, a mi skończyły się kasety w dyktafonie... Obserwowaliśmy jak przemieszczały się szybko po lesie i przywoływały pewne śmierdzące grzyby wykrzykując jak dzieci: «Pahnit’! Pahnit’!» (Pachnie! Pachnie!) Dzięki wymawianiu tych słów można było podobno znaleźć takiego specjalnego grzyba. Zwą go „serce ziemi”, i używa się go do celów leczniczych.
 
   Można pofantazjować i wyobrazić sobie, że tak jak poleski bocian lecimy ponad wsią i z góry widzimy jej szeroką, centralną drogę – jak drzewo życia Rodu, z wieloma gałązkami - ścieżkami. Tętni w nim życie i nieprzerwanie bije energia ze wspólnoty w rodzinie i w pracy. Zapewne to właśnie przyciąga ludzi z różnych zakątków świata i różnych kultur, którzy znajdują tu gościnny azyl, wspomnienie o utraconej jakości życia... Ja przynajmniej w taki sposób opowiadam znajomym i krewnym o wsi Swarycewycze gdy z niej  wracam.

Oleksij Nahornyuk