Stowarzyszenie

"Folklorasty" czyli po co nam to?

Pytanie o cel wyjazdów na wieś, mimo że takie proste i oczywiste, jest jednym z najtrudniejszych, jeżeli chcemy na nie odpowiedzieć uczciwie. Prawdopodobnie każdy ma swoją dyżurną, banalną odpowiedź-zbroję, którą sobie kiedyś ułożył dla obrony przed światem zewnętrznym ? "szukamy pieśni, chcemy je nagrać, żeby nie zginęły". To oczywiście jest prawda, ale nie cała. Ktoś mnie kiedyś zapytał po co śpiewam, a ja odpowiedziałam, że nie rozumiem pytania, bo był w tym podstęp i prowokacja. Rozmowa na ten temat jest jak spowiedź, bo żeby wytłumaczyć dlaczego jest to dla nas ważne, trzeba mówić o bardzo intymnych sprawach, takich jak wartości, ideały, marzenia, czasem trzeba wrócić do świata bajek, a czasem nawet opowiedzieć swoje życie. Wiele rzeczy trzeba nazwać i uporządkować, zdefiniować byty niemożliwe do zdefiniowania ? na przykład kulturę, sztukę, człowieka. Taka odpowiedź zawsze jest subiektywna.

Nie każdy decyduje się na pogłębioną w taki sposób analizę swojej pracy i wtedy pozostaje podejście "naukowe", które polega głównie na wyszukiwaniu, dokumentacji i archiwizacji materiału muzycznego. Każda pieśń otrzymuje paszport, czyli garść informacji niezbędnych do podróży w krainę zakurzonych półek. "Profesjonalny" badacz musi wiedzieć aż trzy rzeczy o swoim informatorze: imię, nazwisko i rok urodzenia, a o jego wsi tylko jedną: dokładną nazwę, wraz z gminą i powiatem. Gdy zbierze się większa ilość tak oznaczonych pieśni, może powstać monografia na temat regionu, w której wymienione są występujące tam gatunki, opisana maniera wykonawcza i scharakteryzowane reprezentatywne cechy stylistyczne. Analizie i dokumentacji podlega jedynie materiał "wartościowy", czyli wystarczająco stary i pozbawiony wpływów kultury współczesnej.
Ta metodologia jest wygodna i bezpieczna, bo pozwala badaczowi na brak zaangażowania emocjonalnego. Z czystym sumieniem może nazywać swoim informatorem człowieka, który wraz z pieśnią otwiera przed nim duszę i ograniczyć swoją wiedzę o nim do tych trzech informacji. Spokojnie może włączyć swoją elektronikę jak tylko siądzie za stołem, a drzwi zamknąć za sobą jak tylko ją wyłączy, nie zastanawiając się nawet z jakim psychicznym wysiłkiem wiązała się jego wizyta. Może wziąć co mu potrzebne i odejść nie dając niczego wzamian. A jeżeli zdarzy się tak, że informator nie zaśpiewa, bo nie pamięta pieśni, albo jest chory, albo ma żałobę, albo zwyczajnie nie ma ochoty, lub też jego pieśni są niewartościowe, wtedy badacz natychmiast przenosi się do innego miejsca uważając tę ekspedycję za nieudaną.
Taka rabunkowa technika pozyskiwania materiału badawczego jest efektowna, bo może owocować dużą ilością naukowych publikacji w dość krótkim czasie i zapewnić ich autorowi niepisane, ale nienaruszalne, wyłączne prawo do odkrytych przez niego pieśni. Żaden inny naukowiec nie może już zorganizować własnej ekspedycji do opisanej przez niego wsi, a jeżeli ten badacz zajmuje się również odtwarzaniem folkloru, żaden inny zespół etnomuzykologiczny nie może tych pieśni wykonywać. Nagrań raczej nikomu się nie udostępnia.
Można się jednak zastanowić na ile takie podejście jest efektywne. Jeżeli głównym celem jest rzeczywiście tylko i wyłącznie systematyzacja pod względem formalnym, to oczywiście jest to pewnie najlepsza metoda. Natomiast jeśli naukowe badanie zjawisk kulturowych ma za zadanie poszerzenie naszej wiedzy o człowieku i jego otoczeniu, niezbędne jest wykorzystanie narzędzi z różnych dziedzin ? z antropologii, socjologii, komunikacji społecznej, historii, psychologii i innych, w zależności od natury badanej materii. Ograniczenie się do samej dokumentacji i typologii pieśni można porównać do opisywania słomki ? jej kształtu, długości, materiału i sposobu wykonania bez zwrócenia uwagi na to, że służy ona do picia mleka albo do wydmuchiwania baniek mydlanych. To badanie samego kanału komunikacyjnego, odciętego od nadawcy, odbiorcy i treści przekazu.
Dla nas to za mało. Pieśń jest dziurką od klucza, za którą stoi człowiek. Ten człowiek jest dla nas najważniejszy. Słuchamy go i śpiewamy z nim, żeby się czegoś o nim dowiedzieć. W żniwnych lamentach słyszymy ciężką pracę ponad siły, w liryce rodzinnej codzienne problemy, w indywidualnej ekspresji charakter każdego śpiewaka. Jeżeli uczymy się ich pieśni, to traktujemy tych ludzi nie jak informatorów, a jak mistrzów, bo to, że potrafimy fachowo scharakteryzować ich styl i wykonywane przez nich utwory, nie znaczy jeszcze, że umiemy zaśpiewać ich pieśni lepiej niż oni sami. I za te skarby dajemy im coś wzamian ? a niewiele trzeba, zazwyczaj wystarczy szacunek, zaufanie, zainteresowanie ich życiem i potwierdzenie, że ich śpiew jest wartościowy, piękny i niepowtarzalny, a oni sami są specjalistami najwyższej klasy, a nie tylko nośnikami materiału muzycznego, który trzeba nagrać, uporządkować, opracować i zaśpiewać lepiej, ładniej, czyściej, dynamiczniej. Bez tych ludzi pieśń nie ma sensu. Zadanie im pytania po co śpiewają byłoby równoznaczne z pytaniem po co mówią, bo śpiew jest kodem komunikacyjnym nie mniej praktycznym i precyzyjnym niż mowa; dzięki dużej zawartości symboliki i wokalnych sygnałów pozawerbalnych daje możliwość kontaktu bardziej bezpośredniego.
Nie chcę tutaj skrzywdzić fachowców-naukowców, którzy nie przyznają się do takich ludzkich relacji ze swoimi informatorami. Gdy zadać im odpowiednie pytanie, okazuje się, że mimo programowego dążenia do obiektywizmu, a więc i braku osobistego zaangażowania, mają mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia. Tylko po prostu nie jest w dobrym tonie ujawniać swoje subiektywne odczucia, bo wtedy przestaje się być profesjonalistą, a staje się amatorem.
Czy nasze podejście jest więc nieprofesjonalne? Nie ma to wielkiego znaczenia, bo nie profesjonalizm jako taki jest naszym celem.  W naszej pracy korzystamy z tych samych narzędzi badawczych, co naukowcy-archiwiści, nagrane przez nas pieśni są tak samo opisane i w razie potrzeby potrafimy i fachowo o nich opowiedzieć. Tylko po prostu nie to jest dla nas w tym najważniejsze. Nie boimy się przyznać, że śpiewać uwielbiamy, że nie wyłączamy mikrofonu jak panie śpiewają nam życiową pieśń o tragicznej miłości z zabójstwem lub bez, a jeżeli zdarzy się, że w ogóle nie śpiewają, to nie uciekamy z piskiem opon do innej wsi. Naukowość nie musi oznaczać braku miłości i odpowiedzialności za przedmiot badań. Tym przedmiotem jest w naszym przypadku człowiek, a pieśń jest jednym z wielu sposobów przynajmniej częściowego poznania konkretnej osoby, zrozumienia jej własnej mikrohistorii. Uniwersalny charakter komunikacji przez śpiew pozwala przenieść tę wiedzę do skali makro, a potem znów powrócić do indywidualnego przypadku i dzięki temu dowiedzieć się czegoś nowego o sobie. Dlatego nie dotyczą nas umowne podziały terytorium między fachowych badaczy, nie interesuje nas, czy ta wieś już jest czyjaś ? jeżeli uda nam się nawiązać dobry, uczciwy i serdeczny kontakt z jej mieszkańcami, to automatycznie nie tyle wioska staje się nasza, co my zaczynamy należeć do tych ludzi. Osobiste zaangażowanie i subiektywizm nie musi być dyskwalifikacją, o ile nie zafałszowuje wyników badań; obserwacja uczestnicząca jest wszakże jedną z podstawowych metod socjologicznych. Każdy praktyk, nawet z najbardziej teoretycznym podejściem, przyznaje, że żeby dobrze zaśpiewać pieśń, trzeba usłyszeć ją bezpośrednio od tego śpiewaka, który ją przechował. Trzeba osobiście do niego pojechać ? nie tylko po to, by zaobserwować pracę mięśni oddechowych i mimicznych podczas śpiewu, ale żeby zobaczyć jak wygląda ten człowiek i postarać się choć troszkę go poznać i zrozumieć.

Dlatego też jeździmy w różne miejsca, śpiewamy różne pieśni - i polskie, i ukraińskie. Różnice kulturowe, na które czasem natrafiamy, i trud, jaki musimy podjąć, by dotrzeć do wioski na ukraińskim Polesiu, nie zawsze są trudniejsze do pokonania, niż te, które napotykamy jeżdżąc po różnych częściach Polski, chociaż rzeczywiście ekspedycja zagraniczna zazwyczaj wiąże się z większym wysiłkiem. Jednak dzięki temu to wydarzenie zyskuje wyższą rangę, tym większa jest radość ze spotkania, im trudniej do niego doprowadzić. Nie ważne jakiej narodowości są nasi przyjaciele, i nie ważne w jakim języku mówią, jeśli potrafimy się z nimi porozumieć. Ważny jest kontakt.

Zuzanna Morawiecka-Pastuszenko