Ginące zawody

 

Pan Maciej Staiński – rzeźbiarz i cieśla z Wojsławic – nie tylko realizuje konkretne zamówienia, ale prowadzi także zajęcia, podczas których demonstruje tradycyjne techniki ciesielskie. – Robię różne rzeczy – mówi, ustawiając w rzędzie figurki Jakuba Wędrowycza, bohatera powieści Andrzeja Pilipiuka, której akcja rozgrywa się w Wojsławicach. – To taki chłop z widłami, z siekierą, w czapce – dodaje. Pan Staiński nie narzeka na brak zleceń . Powodzeniem cieszą się zarówno większe formy (ciosane z pnia kapliczki), jak i malutkie kołowrotki. W swojej ofercie ma także rzeźby Chrystusa frasobliwego – mniejsze, większe, do postawienia lub powieszenia.
 
Pan Malarz – około siedemdziesięcioletni cieśla z Putnowic – porusza się o lasce. Nie pracuje już w zawodzie. Początkowo niechętnie odpowiada na pytania. Do naszego zainteresowania podchodzi z lekkim dystansem i niedowierzaniem. – Młodzieżówka się tym nie zajmuje – komentuje syn, który właśnie od niego nauczył się rzemiosła. Pomimo tego zabiera nas do warsztatu, w którym znajdujemy prawdziwe cacka – ręcznie wykonane narzędzia. Wśród nich toporek – solidna kowalska robota z widocznym na boku gmerkiem z inicjałami SK. Atmosfera rozluźnia się, gdy pada kilka fachowych pytań. Mistrzowie orientują się wprawdzie, że nie rozmawiają z amatorami z miasta ale dialog ciągle się nie klei. – A ta belka? – pytamy. – Futryna – pada zdawkowa odpowiedź. – No tak, ale ta pozioma, powyżej? – Futryna! – A nad futryną!? – To futryna, to futryna i to futryna! – poirytowany pan Malarz dotyka po kolei belki laską. Pomaga dopiero wskazanie konkretnej deski. – Aaa. Kłębuch! – odpowiada. Wszystko jest jasne, proste i logiczne. – Tu powinny stolce być, ale materiału zbrakło. Jakby to rządowe było, to by nie przeszło, bo to powyżej siedmiu metrów już stolce muszą być. – A czym wiercicie otwory na kołki? – Teraz wiertarką raz dwa i zrobione, a wcześniej świdrem trza było szmulać pół dnia.
 
Pan Malarz wspomina o innym miejscowym rzemieślniku – panu Luchowskim. – Ma tartak pod lasem prawie – mówi. Już na miejscu dowiadujemy się, że zajmował się wieloma rzeczami. – Ja i w kuźni pracował i na stolarce. W kuźni dłużej. Nie było dnia żebym nie siedział, a od rana do wieczora siedziałem. Nieraz jak jechałem, to jak się zatrzymałem chociaż tego koksu powąchać, to tak jakoś od razu się żyć chciało. Teraz to inaczej... – wzdycha. Adam Luchowski, przez wszystkich nazywany Zbyszkiem, robił wozy, ule, drzwi i dachy. Sam mówi, że pracuje coraz rzadziej. Co sądzi o dzisiejszych fachowcach? – Są te robotniki po szkołach, co to według wzoru robią, ale to nie to. On może i zrobi tak jak w książce, ale jak to ma działać, nie wie. Zrobi ci dźwi, pozbija, cieniuśkie jak papierek, ale to nie to. Postoją takie dźwi trzy dni i zara ni masz. Jeszcze wewnętrzne to może dłużej, ale zewnętrzne zara do wymiany.
 
Pan Zbyszek wspomina także dawną klientelę. Narzędzi rolniczych, siekierek, większych lub mniejszych wyrobów z drewna na wsi potrzebowali wszyscy, a podkuty musiał być koń polski i cygański. Barwnie opowiada o jednym z ostatnich przyjazdów cygańskiego taboru w okolice Putnowic. Klient to klient, a za dobrą robotę należy się zapłata. – Ooo... oni mi obiecywali cygankę! Mówią: jedź z nami! No był taki jeden, co pojechał i go w lesie zostawili, do drzewa przywiązali. Komary go zjadły! Oni nikomu cyganki nie dadzą.
 
Do warsztatu kowala-cieśli przychodzi pan Maciej, którego odwiedziliśmy przed kilkoma dniami. Z zaciekawieniem ogląda zgromadzone w stolarni sprzęty, często unikalne „samoróbki”. – Powiedzą, że my jakie skanseny, że im każemy tępymi hyblami robić – śmieje się pan Maciej, gdy stwierdza, że dawno nieużywana piła tzw. „twoja-moja” jest już tępa. – Tępa, ale ja nią ciął! – A gdzie byłeś, na górze czy na dole? – A rozmaicie! Jak my z ojcem cięli, to najpierw na górze, ale raz coś żem źle robił, ojciec mie zwyzywał i dawaj na dół ciągnąć. A ja mały byłem, to nie dawałem rady. Tak, to kara była! – wspomina, ale w jego głosie nie słychać żalu. – A to jest do robienia fedrów. I wio! Dwóch mocnych i poszło! – wtrąca pan Maciej.
 
Obaj rzemieślnicy wszystko zawdzięczają własnym zdolnościom i ciężkiej pracy. – Ja nie wiedziałem jak się robi i nie było komu powiedzieć, bo to wszystko wyzdychało – stwierdza pan Zbyszek. – A ja tego nie wiedział bidny sto lat i nie miał mi kto powiedzieć. A to gwint tu się zakłada, gwint się bedzie kręcił i ma przejść! – wyjaśnia.
 
W każdej pracy potrzebny jest talent. – Kiedyś jak chodziło się do nauki, to pierwsze było gwintowanie, a później po trzech miesiącach ja już kułem wóz, czyli zmysły miałem, bo stary złamał łapę i trza było robić. Dostałem za to wtedy siedemdziesiąt złotych i wódkę na odkażenie – kończy ze śmiechem.

 

Projekty "Pejzaż kulturowy miasteczek Lubelszczyzny" i "Architektura drewniana miasteczek Lubelszczyzny" dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.