Klimat dźwiękowy przedwojennego miasteczka

Grzegorz Miliszkiewicz, Klimat dźwiękowy przedwojennego miasteczka (fragmenty artykułu)

Miasteczko II Rzeczypospolitej zapisało się w dokumentach urzędowych przede wszystkim jako handlowo-rzemieślniczo-rolnicze centrum mikroregionu obejmującego jedną lub kilka gmin. W historii kościoła rzymskokatolickiego jest niemal zawsze siedzibą parafii, a dla Żydów z Kongresówki zazwyczaj siedzibą gminy wyznaniowej z synagogą. Stan zachowania archiwaliów, często zniszczonych podczas wojny, pozwala jedynie wyrywkowo badać tym źródłem szczegóły życia codziennego miasteczek. Owo Tycie – tyciunie … [1] w literaturze pięknej to po prostu miasteczko lub sztetł wypełnione magią życia, po której w 2 poł. XX w. pozostała tylko przejmująca pustka.(…) W spisanych wspomnieniach mieszkańców miasteczko to fala miłości, najpełniej wzbierająca w księgach pamięci ziomkostw ocalałych Żydów[2], choć są pojedyncze przykłady opisów sporządzonych przed Polaków [3]. Dawne fotografie miasteczek – otwartych przestrzeni, sceny rodzajowe, tonują literacki obraz i mogą być punktem wyjścia do współczesnej rekonstrukcji wydarzeń. W badaniach etnograficznych tradycyjne miasteczko to spóźniony o pół stulecia temat badawczy, nadal zaczarowany kufer, z którego jednakże niepostrzeżenie ulotniła się już żywa para pamięci.
 
Historyczne miasteczko i jego życie codzienne stało się potrzebne dziedzictwu i kulturze jako wartość samoistna. Istnieje w polskim muzealnictwie skansenowskim niespełniona wola eksponowania kultury miasteczek w możliwie najdoskonalszej formie.(…) Walorem muzealnego miasteczka jest idiograficzność, czyli ukazanie możliwie największej części ekspozycji w formie kadrów odwzorowujących momenty z życia codziennego historycznych postaci, a nie ekspozycji modelowych lub galeryjnych. Wieloaspektowa dokumentacja ma zapewnić przejrzystość założeń, wskazać metodę urządzania poszczególnych ekspozycji. Im bliżsi będziemy kadru historycznego w ekspozycyjnych szczegółach, tym łatwiej będzie prowadzić edukację muzealną i osadzić w takiej przestrzeni wydarzenia parateatralne. Stąd najkorzystniejszy jest zwarty horyzont czasowy wszystkich elementów ekspozycji [4].
 
Niniejszy szkic poświęcony będzie postrzeganiu miasteczka poprzez zmysł słuchu. Dźwięki w miasteczku były następstwem istnienia rzeczy, żywych istot i ich działań. Informacje o dźwiękach składają się na swoistą relację o codziennej ludzkiej egzystencji, pracy i zabawie[5]. Dźwiękowy obraz miasteczka pozwala dostrzec różnicę między początkiem lat 20. a schyłkiem lat 30. XX w. Dostarcza informacji do pytania o datę i kres tradycyjnego miasteczka. Czy nastąpił on wraz z holocaustem, czy może kilka lat wcześniej, gdy handel dużymi zwierzętami przenoszono poza rynki, gdy wagi zwierzęce zaczęły uciszać litkupy, na place i przydroża wprowadzano zadrzewienie a płoty pobielono?
Ogólny obraz dźwiękowy pozostaje w dużym stopniu autonomiczny wobec plastycznej muzealnej wizji miasteczka. Rekonstrukcja jakości akustycznych wypływa z muzealnej poprawności dawnych technologii, a te z kolei wiążą się z dźwiękami wydawanymi przez przedmioty. Po latach dźwięk w zabytkowym przedmiocie stanowi wartość najbardziej zbliżoną do oryginału, bardziej aniżeli rozmiar, faktura, kolor, zapach. Milczenie eksponatów i muzeum – to recenzje z odwiedzin skansenów wyrażane przez publiczność i poetów. Budując muzealne miasteczko z czasów II Rzeczypospolitej warto najpierw usłyszeć jego odgłosy. (…)
 
W niniejszym szkicu posłużono się przykładem miasteczek Lubelszczyzny – miast do 6 tys. mieszkańców, osad miejskich i kilku wsi, które utraciły prawa miejskie jeszcze przed masową zmianą miast na osady w 1869 r. Na obszarze historycznej Lubelszczyzny jest 9 takich małych miast i 63 osady miejskie. Natomiast przytoczona tu literatura piękna dotyczy Polski centralnej i kresów. (…)
Dźwięki stanowią nieznany i nieudokumentowany element życia miasteczka. Odgłosy codzienności są swoistym utworem filharmonicznym, którego zasady próbujemy dziś rekonstruować. Zmienność dźwięków wynikała z pór roku, pór dnia, pogody. Deszcz cicho padał na gont, dudnił o blaszane dachy. (…)
 
  • Dźwięki naturalne w miasteczkach II Rzeczypospolitej to przede wszystkim „przysłowiowy” szum wiatru, liści i śpiew ptaków w koronach drzew, dudnienie deszczu o blaszane dachy. Zainteresowanie tymi efektami dźwiękowymi znalazło wyraz w wydaniu przez „Parlophon” na przełomie lat 20/30. XX w. płyt gramofonowych, m. in. z głosami przepiórki, drozda, szpaka, skowronka, sikorki, kanarka, jaskółki oraz szczekaniem i miauczeniem[6].
Skupiska starodrzewu i korony drzew stanowiły miejsca lęgowe i przystankowe ptaków. Wysoka zieleń mogła trwać w miasteczku na większych niepodzielnych placówkach, np. na placach kościelnych i plebańskich, gdzie za względu na sposób życia ich użytkowników stanowiła dostojny walor przestrzeni. Na fotografiach z 1-4 dek. XX w. rynki miasteczek Lubelszczyzny są przeraźliwie bezdrzewne, co po części wynikało z wykorzystywania ich na targi i jarmarki pełne wozów i dużych zwierząt[7]. (…)W przyrynkowych obszarach miasteczek drzewo nie mogło przeszkadzać w gospodarce na zazwyczaj niewielkiej parceli, zaciemniać okien, zasłaniać szyldów, zawilgacać ścian, korzeniami rozsadzać piwnic i podmurówek. (…)Natomiast tereny położone na granicy zabudowy miasteczka jawią się we wspomnieniach Żydów jako swoisty zielony raj [8]. (…)W okresie międzywojennym następowały już publiczne nasadzenia placów i poboczy ulic. (…)
 
  • Drobny przemysł i rzemiosło w miasteczkach oparte były na napędzie ręcznym, konnym, wodnym lub silnikowym.
Zazwyczaj w tych położonych nawet nad niewielkimi rzeczkami był młyn wodny na koło lub turbinę. (…) W drewnianych młynach dudniły podłogi rozdygotane systemem pędni i pasów transmisyjnych. (…) Obecność półlokomobili, jako silnika parowego zespolonego w jedną całość z kotłem i paleniskiem, osadzonego na stałym fundamencie, w miasteczkowych młynach i elektrowniach zależała od zasobności okolicy w drewno, zwłaszcza w odpadki tartaczne. Silniki spalinowe na “gaz ssany” czyli pracujące na gazie wytwarzanym np. z drewna lub torfu we własnym urządzeniu do suchej destylacji, zaczęto stosować w młynach od końca XIX w. W połączeniu z prądnicą oceniano je jako najekonomiczniejsze przy mocach do 50 kW. Piła tnąca drewno na opał była często ustawiona przy młynie i napędzana poprzez pędnie z silnika. (…) Pracę silników w młynach, tartakach i elektrowniach słychać było do późnych godzin wieczornych ponieważ napędzały one prądnice. W latach 1933-1936 prądnice prądu stałego lub zmiennego dające moc od 9 (Sawin) do 48 kW (Końskowola) znajdowały się w 21 osadach miejskich i 7 małych miastach Lubelszczyzny[9].
Niektóre zakłady przemysłowe napędzane były konno za pomocą kieratu. W cegielniach pracowały tak konne ceglarki[10]. W Rejowcu ok. 1936 r. gniotowniki 4 żydowskich olejarni i 1 kaszarnia napędzane były maneżami jednokonnymi[11]. (…)
Z rzeźni osadzkiej dobiegały odgłosy zwierząt przeczuwających śmierć.(…)
Dominantę dźwiękową w miasteczku stanowiły odgłosy prac budowlanych i rzemieślniczych, zwłaszcza branży drzewnej i metalowej. Na muzykę codzienności mocno pracował topór, siekiera, młotek i gwóźdź o kwadratowym wówczas przekroju. Najwyraźniejsze były odgłosy budowy domów i budynków gospodarczych – łomot desek zrzucanych z wozu, piłowanie drewna, pobijanie gontu, zmiana pokrycia dachów.(…) Miasteczka zniszczone podczas działań I wojny światowej najbardziej w przyrynkowych centrach najintensywniejszy ruch budowlany przeżywały w 1 poł. lat 20. XX w. (…) W latach 30. w wielu miasteczkach ruch budowlany w centrum niemal zamarł. (…)
 
Z rzemieślników szczególnie intensywnie słychać było „muzykę” kowali i blacharzy. W średniowieczu to przecież kuźnia była alegorią muzyki. Na takie jej wyobrażenie składało się żelazo, ogień, człowiek, dźwięk i czynności w niej wykonywane[12]. W statystycznym miasteczku w Polsce centralnej ilość kuźni znacznie przewyższała ich liczbę na wsi, np. w Baranowie tuż przed wojną było 6 kuźni[13]. Kres kuźni wyznaczał stopniowo sklep żelazny, zrazu dostarczyciel żelaza kowalskiego, później zaś potrzebnych w gospodarstwie najrozmaitszych gotowych i coraz rzadziej psujących się wyrobów metalowych. Miasteczkowi blacharze, poza kryciem dachów modną wówczas blachą żelazną ocynkowaną, wykonywali szereg wyrobów domowych. Kotły, kubły, formy do pieczenia zamawiano u blacharza, bo koszt zakupu w sklepie żelaznym wówczas był wyższy.(…) Z listy kilkudziesięciu rzemiosł są jeszcze inne o różnym natężeniu dźwięków słyszalnych w obrębie warsztatu, gospodarstwa czy ulicy, np. terkot wózków powroźniczych.
Lokalizacja tej uwertury prac przemysłowo-rzemieślniczych miała się najczęściej tak, że stojąc na rynku dźwięki dobiegały zewsząd z bloków przyrynkowych i dalszych. (…)
 
  • Handel. Najbardziej wyrazistym dźwiękiem kojarzonym z miasteczkiem był jarmarczny i targowy rozgardiasz. Tego się nie da opisać, tam trzeba było być, by usłyszeć rżenie koni, beczenie owiec, kwiczenie świń, ryk bydła, gęganie gęsi i szamotanie się obmacywanych kur czy są tłuste. A gdy do tego dochodziło głośne targowanie się i stopniowe obniżanie ceny (zwykłe na oczach przygodnych gapiów i faktorów) i na dowód zgody uderzanie się w dłonie, przy zadowoleniu obu stron z pomyślnego zakończenia targu, to można rzec, że było to coś tak szczególnego, że pod urokiem tych widoków żyję nadal w Izraelu na początku XXI wieku wspomina Ch. Zylberklang z Żółkiewki[14].
Fascynacja niezwykłością odgłosów tłumu i wrzawy ludzkiej, w tym hałasów na jarmarku, znalazła wyraz w wydaniu w okresie międzywojennym przez firmę B. Rudzki w Warszawie płyty gramofonowej[15], a także w kompozycjach muzycznych, jak np. utworze A. Bryka, Jarmark w Łukowie, inspirowanym obserwacją targów w tym mieście w latach 30. XX w.
Targi i jarmarki od wieków odbywały się na rynku. W II Rzeczypospolitej z powodów sanitarnych i estetycznych władze dążyły do całkowitego wyrugowania ich z centrum. (…)
W 1939 r. na 63 osady miejskie było 44 targowych, w tym 38 z targowicami zwierzęcymi. Tylko 12 targowisk posiadało wagi[16]. W wielu miasteczkach targowice położone były zaledwie kilkadziesiąt metrów od rynku, np. w Rejowcu, gdzie odgłosy targowicy docierały na rynek. (…)
 
Odgłosy na jarmarkach to także np. śpiewy dziadowskie, jednakże większość działań miała charakter reklamowy – ogłaszania się i targowania, najczęściej przez pokrzykiwania. Rynek w Kocku to były kamienie i błoto. Stały tam osoby reklamujące różne towary. Ja nie znałem tych ludzi. Czasami reklamie towarzyszyła gra na wierzbowej fujarce. Korę z gałęzi skręcił na taki długi kornet, złapał spinką, ustnik zrobił i grał. [17]. (…)
 
Również z odpustów znamy wydarzenia zaistniałe w pejzażu dźwiękowym miasteczka. 2 X 1932 r. Piotr C. był pijany i robił awanturę w czasie odpustu w Grabowcu [18]. 6 X 1935 r. na odpuście w Grabowcu Tomasz S. będąc pijanym robił krzyki, Józef M. w sposób hałaśliwy się zachowywał, Jan U. zaczepiał przechodniów, a nawet wyrażał się nieprzyzwoitemi słowami [19].
Miasteczkowe sklepy były ciche i głośne. Ze względu na rodzaj oferowanego towaru do pierwszych należały np. obuwnicze, pasmanteryjne, do drugich żelazne. Do dźwięku obracanego towaru dochodziły głosy kupców i klientów. P. Burchard wspomina: Niegdyś każde z tych skrzypiących drzwi zaopatrzone były w mały dzwoneczek. Jeśli ktoś wchodził [...] dzwoneczek drgał przez chwilę, wywabiając z mieszkania w głębi domu kupca lub kupcową[20]. Odgłosy związane z handlem sklepowym przenosiły się także na ulicę, szczególnie w dzień targowy, jako system działań kupieckich, często zbiorowych, swoistej zmowy mającej doprowadzić do korzystnych transakcji.
Niektóre z dźwięków towarzyszących handlowi korzeniami tkwiły w czasach średniowiecznych, np. głuche dudnienie beczki. W Grabowcu 20 III 1934 r. o godz. 11-tej Szloma R. przed swym sklepem trzepał brudne worki[21]. Młody zaś w pejzażu miasteczka był dźwięk oranżadówek i tzw. porcelanek. Dawniej napoje niealkoholowe i piwo sprzedawano z beczek, od przeł. XIX/XX w. wodę gazowaną oferowano z miedzianych balonów. Charakterystyczny dźwięk porcelanek w pustych oranżadówkach z zatworami mechanicznymi ma swój początek w wynalazku zamknięcia dźwigniowego przez berlińczyka Karola Dietricha z 1875 r. Jednak dopiero w okresie międzywojennym oranżadówki i kwasówki stały się popularnym opakowaniem w miasteczkowych piwiarniach i sklepach.
 
W realiach handlu dźwięk wydobywany był specjalnie do zbadania dobroci towaru. Stukaniem palca badano czy gliniany garnek nie jest pęknięty. W sklepie żelaznym Michała Jarosza w Kocku w 1949 r. klienci wybierali kosy, końcówką dotykając kowadła stojącego na ladzie. Im dźwięk był wyższy, tym kosa była lepsza[22]. Identyczne jak wybieranie kosy w sklepie Lejbka zostało pięknie opisane w literaturze pamiętnikarskiej z białostockiego Wybieranie kos odbywało się najczęściej przez chuchanie [...] i analizę dźwięku. Żeby usłyszeć, jaki wydaje dźwięk, szarpano kosę paznokciem, uderzano nią o babkę, czyli kowadełko do klepania kosy, a jeszcze lepiej o bardzo twardy kamień. Żyd kładł na ladzie dwanaście sztuk kos, pieczołowicie pozbawiając je wszelkiej wazelinowej konserwacji, która mogłaby zniekształcić dźwięk. Na podłodze leżał duży twardy kamień [...]. Specjalista od wyboru kos ściskał ją mocno w dłoni, pociągał głośno nosem, po czym huśtał ją kilkakrotnie w powietrzu aż wreszcie delikatnie, czubkiem nosa kosy uderzył o kamień: “B – hh – emm! …”, “Tioooong – ń – ńń…”[23].
 
  • Komunikacja. Tory kolejowe zazwyczaj omijały historyczne miasteczka. Nawet jeżeli stacja nazywała się tak jak miasteczko, leżała zwykle tak daleko od zwartej zabudowy, tak że przejazd pociągu nie był słyszalny na rynku[24].(…)
Dźwięki towarzyszyły poruszaniu się po miasteczku ludzi, zwierząt i pojazdów. Uogólniając – w miasteczku w latach 30. XX w. przynajmniej jedna przelotowa droga była brukowana, kilka innych uliczek i fragment rynku mógł być zabrukowany, a pozostałe uliczki posiadały nawierzchnię naturalną. Bywało, że pompatyczność 3-majowej defilady w miasteczku gubiła się nieco podczas maszerowania po niemal bezgłośnej nawierzchni gruntowej.
 
Zarząd gminy określał wielkość i rodzaj kamieni jakich należało użyć do brukowania. W Siedliszczu w 1930 r. warunkowano piaskowiec nadaje się do zabrukowania rynku i postojów bo co do jezdni to ta musi być z głazu[25]. Im kamienie były większe i nieregularne tym turkot furmanki był głośniejszy. W Sawinie wielkość kamienia narzutowego do zabrukowania postojów pod stragany na rynku określano od 10 cm wzwyż, natomiast jezdnię ul. Kościelnej kamieniem narzutowym granitowym o wymiarach od 14 cm wzwyż[26]. (…)
 
Jednocześnie pojawiają się już cementowe płyty chodnikowe, zazwyczaj o wym. 50 x 50 cm, co wiązało się z powstawaniem miejscowych betoniarni. (…) W tamtych czasach zdarzały się po miasteczkach jeszcze chodniki drewniane, tzw. kładki, biegnące np. pod podcieniami. (…)
Buty z cholewami zaopatrzone w żelazną, wcześniej w mosiężną podkówkę, przy stukaniu o chodnik albo deski schodów, podłóg sklepów i mieszkań dawały charakterystyczny odgłos. Stukanie takimi obcasami było wyrazem obecności obywatela w miasteczku, mody, fasonu w zachowaniu się kawalerki. (…)
 
Skrzypienie wozów, rżenie koni, stukot kopyt, terkotanie obręczy żelaznych o bruk to jedne z najpospolitszych ówczesnych odgłosów miasteczka. Ostrzej wpadały w ucho w momencie wjazdu wozu z drogi gruntowej na brukowaną. Po wyjściu ojca z domu, zaległa uspokajająca cisza. Taka jaka następuje po przejeździe wozu po kocich łbach [27].
Kupcy nocą lub świtem ruszali po towar do większego miasta. Wspomina mieszkaniec Ostrowa Żydzi przywozili towar. To były specjalne furmany. Do Lublina wyjeżdżał o 11-tej w nocy, zajeżdżał o 8-ej. W Lublinie załatwiał cały dzień i wracał w nocy[28]. Najintensywniejszy ruch panował oczywiście w dzień targowy na drogach dojazdowych. Nawet niewielkie awarie wozów i błąd w powożeniu powodowały zator i w następstwie awanturę.(…) Ze względu na koszt zakupu i sprowadzenia miasteczkowi rolnicy rzadko posiadali kosiarki, siewniki, grabie mechaniczne, czyli maszyny, które na swoich kołach dojeżdżały na pole lub łąkę. Turkot i łoskot wydawany przez żelazne koła tych maszyn na drogach są charakterystyczne raczej dla 3 ćw. XX w.
 
Przepisy z 1924 r. zabraniały jeździć saniami po drogach publicznych bez dzwonków lub grzechotek[29]. Dni targowe w miasteczku były najlepszą okazją do policyjnej kontroli, i oto 11 II 1936 r. Józef W. był na jarmarku w Grabowcu lecz nie posiadał przy saniach ostrzegawczego dzwonka [30].
W 3-4 dek. sygnałówki przy rowerach, czyli trąbki z gumową dmuchawką wychodziły już z użycia na rzecz dzwonków, zwykłych i dwutonowych tzw. Ding-Dong. Rozporządzenie z 1924 r. nakazywało rowery używane do jazdy na drogach publicznych winny być zaopatrzone [...] w dzwonek, jako sygnał ostrzegawczy. Zabrania się używać przy jeździe na rowerze innych przyrządów jako sygnałów dźwiękowych [31]. (…)
 
W pierwszych czterech dekadach XX w. mieszkańcy miasteczek powoli oswajali się z odgłosami uruchamiania i jazdy samochodu. Liczba samochodów w posiadaniu mieszkańców miasteczek była niewielka. W 1922 r. na terenie 4 tys. Kocka znajdował się jeden ciężarowy samochód[32]. Wiele miasteczek posiadało w okresie międzywojennym regularne połączenie autobusowe z miastem powiatowym lub wojewódzkim. Były też przewozy lokalne, np. Chaim-Jankiel Czerwonabroda posiadał w latach 1937-1938 r. koncesję na przewóz osób samochodem-dorożką w obrębie gminy miejskiej w Kocku.[33]. Właściciele przedsiębiorstw garażowali autobusy w miasteczkach.
 
  • Prace gospodarskie. Obejście. Odgłosy zwierząt hodowlanych wynikały ze struktury zajęć ludności miasteczka. Z obejścia, pastwisk, dróg przepędu i targowisk dobiegało rżenie, porykiwanie, chrząkanie, gęganie, pianie, szczekanie. (…) Szczególnie wyrazisty był krzyk gęsi tuczonych w sieniach domów żydowskich. Mój kolega rówieśnik wołał mnie, patrzyłem jak w sieni matka ta jego trzymała w kojcu gęsi. Nagotowała pyzów, surowe żytnie kluski, miała w misce i tak rozstawiała dziób tego gąsiora i wpychała, potem palcem przeciągała po szyi żeby poszło do żołądka. To był specjalny kojec dla drobiu, żeby się najmniej ruszał. Żydzi potem tym tłuszczem krasili[34] Świnie były absolutnie katolicką specjalnością – w Grabowcu Jan O. 17 VI 1935 r. wypuścił świnie na ulice czem zanieczyściły chodniki i niszczyły nasyp przy drodze oraz drogi[35]. Charakterystyczne pobrzękiwanie łańcuchów ciągniętych przez krowy na trasie pastwisko-obora nasiliło się dopiero w 3 ćw. XX w. Wcześniej krowy wiązano „cichymi” konopnymi powrozami, a zazwyczaj biegały bez uwięzi bezpośrednio doglądane przez pastucha.
Z maszyn rolniczych pracujących w obrębie zagród słychać było przede wszystkim kieraty i sieczkarnie, okresowo młocarnie. Ówcześni producenci maszyn podkreślali, iż urządzenie pracuje lekko, natomiast kwestia czy zbyt głośno nie była istotna[36]. Kieraty ustawiano zwykle w zagrodzie lub za stodołą. W obrębie posesji często używano sieczkarni toporowej, którą w świetle intercyz mieli także niektórzy Żydzi posiadający własne konie. Wydawała charakterystyczny dźwięk – ciach, ciach, ciach.
Rąbanie drew było elementem pejzażu dźwiękowego w miasteczku. Chrustem i torfem palono, gdy był dostępny.(…)
 
Chlupanie wody to był częsty dźwięk, albowiem z powodu braku wodociągów i kanalizacji woda była noszona, a brudy wylewane. Posiadanie studni indywidualnych, np. kołowrotowych uzależnione było od położenia gospodarstwa w stosunku do lustra wody. W Rejowcu w 1935 r. były dwie studnie kopane betonowe z pompą a dobra woda mogła być uzyskana w wierconych studniach na głębokości 70 metrów [37]. W miasteczkach Wyżyny Lubelskiej bloki przyrynkowe lokowano na terenie wznoszącym się ponad dolinę rzeki, stąd mieszkańcy, zazwyczaj Żydzi korzystali na ogół ze studzien osadzkich. Trasa żydowskiego nosiwody z nosidłami i skrzypiącymi wiadrami biegła od publicznej studni ze skrzypiącym kołowrotem i łańcuchem lub stukotem pompy artezyjskiej do odgłosu przelewania do drewnianej beczki lub blaszanej stągwi stojącej w sieni czy kuchni i z powrotem pod studnię z pustymi jeszcze bardziej skrzypiącymi wiadrami. W Sławatyczach, gdy „Głupi Dawidek” roznosił wodę do bogatszych domów, jego śpiew budził miejscowych śpiochów. Stanowił niejako część panoramy miasteczka [38].
Powszechne było wylewanie brudów na ulicę, a nie do dołów kloacznych, jak nakazywały przepisy sanitarne. (…) Odgłosy chluśnięcia często wynikały z zapchania i oszczędzania kloak i dołów na odpadki.
 
  • Prace domowe. (…) Poza dźwiękiem mowy – w okolicach przyrynkowych jidisz, a w odleglejszych polskiej, usłyszymy odgłosy codziennej krzątaniny i prac rzemieślniczych wykonywanych w domu.
Duża liczba naczyń występujących w domach żydowskich implikowała odpowiednie nasilenie charakterystycznych dźwięków kuchennych. Garnków to oni mieli dużo wspomina mieszkaniec Ostrowa[39]. Wynikało to z przepisów dotyczących rytualnej czystości posiłków, które zabraniały mieszać potrawy mięsne z mlecznymi, wymagały osobnych naczyń do tych potraw a nawet osobnych misek do ich mycia, ścierek do wycierania i miejsc do przechowywania. Inne jeszcze były naczynia do potraw tzw. parve, nie będących ani mlecznymi ani mięsnymi i oczywiście na Pesach. Na Pesach mieliśmy w domu specjalny komplet pesażnych naczyń[40]. Tą częstą kompletność zestawów potwierdzają m. in. intercyzy ludności żydowskiej z miasteczek.
 
Charakterystycznym dla kuchni żydowskiej był odgłos tasaka używanego do siekania ryby w piątek przed szabasem. Przygotowywano świąteczny posiłek. W Ostrowie Tasaki to do rybów. To mieli po kilka (…) W piątek zaczęli te ryby dziabać, to na maść (…) Słychać było tylko stukanie. Ale to do wieczora musiało być ugotowane. W piątek wieczorem to już przecież przed zachodem słońca, to koniec[41]. W Piaskach Co piątek to zapach ryb było słychać i stukanie (…). Ja rybę kręcę na maszynce, a Żydzi nie, tylko tasakiem było siekane mięso. W każdym domu był tasak. Bez przerwy w każdym niemal było takie stukanie. To było stukanie w piątek od rana[42]. Sporadycznie funkcję tasaków przejmowały ciche maszynki do siekania mięsa potwierdzone w latach 30. XX w. w ok. 20 % intercyz zamożnych Żydów z Lubelszczyzny.
 
W niemal każdym zamożnym i średniozamożnym domu żydowskim występowały zegary wiszące szafkowe, rzadziej stojące jak np. w Dubience[43i] i w Łosiacach[44]. U ludności żydowskiej często spotykamy budziki. Budziki z dzwonkiem i może z muzyką (kosztowały trzykrotnie drożej) są wskazówką, że człowiek w tym okresie stawał się już stałym więźniem prac, wykraczających poza tradycyjny rytm dnia.
 
M. Grynberg pisze o współczesnych Sławatyczach: tam gdzie terkotały maszyny krawieckie i słychać było śpiew z warsztatów szewskich – teraz cisza[45]. Krawcy stanowili w miasteczkach Lubelszczyzny ok. 1929 r. najwięcej, bo ok. 18 % ogółu rzemieślników, a przecież była to usługa często świadczona nielegalnie, bez karty rzemieślniczej[46].(…)
Na co dzień słychać było w miasteczkach mowę polską i jidysz[47], a na wschodzie Lubelszczyzny także rusińską. Wielu starszych Żydów w ogóle nie znało polskiego. Każda społeczność wyrażała religijne uniesienie w innym miejscu, czasie i języku. Językiem liturgii katolickiej była łacina, żydowskiej hebrajski. W chederach wersety wbijane były w pamięć bez znajomości języka, którego wielu Żydów wspominających swoją młodość z lat 30. XX w. już nie rozumiało[48]. Muzyka i pieśni religijne w kościele, modły prowadzone przez kantora w synagodze wzbogacały dodatkowe dźwięki – kołatki w Wielki Piątek i podczas Purim, a przed “hakufes” klaskanie w chwilach najwyższej ekstazy. Wszystkie te sytuacje dźwiękowe nie wymagają przykładów, są bowiem precyzyjnie zapisane w historii liturgii obu wyznań.
 
  • Wykonywana na żywo muzyka i piosenka wytwarzała przekonanie o kulturalnej samowystarczalności miasteczka. Znane nam instrumentarium i repertuar klezmerów i ówczesnych orkiestr strażackich, np. z Kocka, pozwoli w muzealnym miasteczku dość precyzyjnie odwzorować tamto koncertowanie. Granie i śpiewanie ówczesnych szlagierów zwłaszcza wieczorami mocno utrwaliło się w pamięci mieszkańców. Instrumentem miasteczkowym zarówno Żydów, jak i Polaków była mandolina[49]. Melodyjne piosenki żydowskie były tak dźwięczne, że do dziś są pamiętane przez dawnych sąsiadów katolików, mimo, iż nigdy nie rozumieli słów[50]. Wspomina M. Grynberg: Później, po ślubie, kiedy Fidelman już zamieszkał w Sławatyczach, często latem wieczorami, po całodziennej pracy słychać było na ulicy gdzie mieszkał jego granie. Sąsiedzi często gromadzili się przy płotku, aby się przysłuchiwać tej pięknej grze. Jego młodszy brat z Włodawy jak przyjeżdżał do Sławatycz grał tak, że dziewczęta nie mogły czasem powstrzymać się od łez, zwłaszcza kiedy słyszały melodie węgierskie[51].
Teatr amatorski to podstawowy produkt kulturalny w środowisku miasteczkowym, przynoszący wówczas dochody. Publiczność reagowała żywo i udane sceny nagradzała oklaskami. W Kocku kiedyś przedstawiali Herodów i wówczas O. zapowiadał spektakl krzycząc „Tradycja naszych przodków” [52].
 
  • Radio i gramofon zapewniały miasteczku kontakt kulturalny z wielkim światem. W co czwartej intercyzie miasteczkowych Żydówek odnotowano lampowy aparat radiowy, równie często gramofony i płytoteki. W Wysokiem w latach 30. XX w. radio posiadał aptekarz i ksiądz. U księdza stało w tym ganku na organistówce. Ksiądz bardzo często otwierał okno, żeby ludzie postali i posłuchali. U aptekarza stało w pokoju i aptekarz otwierał okno. Też dla ludzi[53]. Radio wystawiał nauczyciel w oknie drewnianej szkoły w Bobrownikach stojącej na rynku [54].
Wydobywanie dźwięków było częstym celem dziecięcych zabaw. Wyleganie dzieci na ulicę, zabawa i praca sprzyjały uczestnictwu we współtworzeniu pejzażu dźwiękowego miasteczka. 11-letni Kazik Giza z Wrzelowca ok. 1925 r. sam wykonał drewnianą klekotę - tarapat na wzór wielkopostnej kościelnej i tarapatał nim po całym miasteczku, kiedy tylko zapragnął, na przekór wszelkim porom i obrzędom[55]. Z gałęzi wierzbowego drzewa robiliśmy fujarki, które ku własnej i innych uciesze wydawały różne dźwięki – wspomina dzieciństwo Żyd z Żółkiewki[56]. Najróżniejsze zabawki masowej produkcji wydające dźwięki można było kupić w sklepach, na jarmarkach i odpustach: żabki (petardy strzelające), kulki strzelające, gwiżdżące trąby słoniowe, ptaki wirujące fruwające, ptaki piszące gumowe, gumowe szczekające pieski, grzechotki, flexatony, trąbki, gwizdki, syreny, baloniki grające, kogutki piszczące blaszane, lalki piszczące, rewolwery dziecinne do kapiszonów [57]. (…)
 
Niekiedy źródła umożliwiają parateatr dźwiękowy wydarzeń dotyczących konkretnych miejsc. (…) Oto Muzeum Wsi Lubelskiej w sektorze miasteczko planuje skopiować dom z Kocka, w którym w latach 30. XX w. mieszkał rabin Josef Abram Morgensztern (1870-1939), prawnuk Menachema Mendla (1787-1859), sławnego cadyka kockiego, osiadłego tam w 1829 r. W opowiadaniu Hanny Krall rabin A. J. Morgensztern wraz z innymi mieszkańcami domu cadyka ginie 9 IX 1939 r. od pierwszej bomby lotniczej zrzuconej na miasteczko. Uderzyła w schron ziemny urządzony w sadzie cadyka, zabijając mieszkańców rabinówki, którzy się tam schronili[58]. Tyle literatura.
 
Tymczasem wg źródeł archiwalnych rabin umiera w Warszawie 5 I 1939 r. Z informacji uzyskanych od katolika, sąsiada w domu rabina, w ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej wszelkie informacje, które wypływały od rabina [z tego domu] były wydawane przez zamknięte drzwi[59]. Tworzono wrażenie, że rabin żyje – rzeczywistość przerosła tu literaturę. Na inne dźwięki w okolicach rabinówki wskazują źródła archiwalne. Po masowym pożarze Kocka 4 IX 1927 r. miejscowa straż pożarna zakupiła w 1932 r. sikawkę benzynową Leopolia 33[60]. Z raportów Straży wiadomo, że pompa pracowało m. in. 3 IX 1934 r. w godz. 20.30 do godz. 1.50 w czasie pożaru dwóch stodół ze zbożem w gospodarstwie położonym ok. sto metrów od rabinówki. U zbiegu ulic Warszawskiej i Wesołej, ok. 20 m od rabinówki była studnia artezyjska z pompą, z której czerpali okoliczni mieszkańcy i zapewne nosiwoda[61]. Przed 1938 r. ul. Polną przy ścianie rabinówki jechał często wozem na ojcowskie pole Władysław Pączek[62].
 
Mieszkańcy rabinówki widzieli, słyszeli pożar, skrzypienie studni i wozu wjeżdżającego z polnej drogi na bruk, może nawet tworzyli golema.(…) Lubelski skansen planuje wykonanie repliki rabinówki i szuka opartych na ustaleniach historycznych środków wyrazu, by dać również dźwiękowy obraz tamtych emocji i wydarzeń. (…)
 
  • W miasteczku sygnałami dla wszystkich było np. bicie dzwonów w kościele, wyznaczanie ciszy szabatu, pożar. W Grabowcu ok. 1935 r. ze składek parafian odlano u Braci Felczyńskich w Przemyślu dzwon „Mikołaj” słyszalny z odległości 5 km[63]. Katolik z Wysokiego wspomina Mój ojciec był tak tolerancyjny, że jak nie narżnąłem sieczki dla konia, dla krów, nie narąbałem w piątek przed szabasem, jak Mojsze Janower przyszedł i laską stuknął … szabes, broń Boże było co robić w gospodarstwie[64]. W Ostrowie Jak na przykład był szabas, to leciał któryś z nich przez ulicę i krzyczał „Achija ha”. Wtedy wszystkie okiennice zamykali. Przy wszystkich domach żydowskich tu są okiennice. Tylko te haki kowalskiej roboty, łup, łup. Oni zamykali te sztaby od środka [65].
W miasteczku co pewien czas miały miejsce i nadzwyczajne wydarzenia, które tylko pozornie wykraczały poza miarę życia codziennego. W latach 20. XX w. w miasteczkach pow. chełmskiego pożar obwieszczała trąbka alarmowa, w jednym wypadku ponadto szyna[66]. W Bobrownikach ok. 1933 r. palantowa lanka mocno uderzona przez Czesława A. z boiska szkolnego na rynku uderzyła w Żyda-szklarza[67]. W dniach żałoby narodowej po Marszałku Józefie Piłsudskim, władze głośno puszczały na rynku audycje radiowe. Na rynku w Kocku w 1938 r. O. krzyczał Idziemy za Olzę [68].
 
Miasteczko przez cały XX w. zmieniało swoje filharmoniczne instrumentarium. Stopniowo dochodziły i intensywniały odgłosy samochodu, maszyn rolniczych, radia, traktora. Z powodów ekonomicznych i sanitarnych eliminowano hodowlę krów, koni, gęsi w obszarze gęstej zabudowy. Dziś dominującym dźwiękiem jest ruch pojazdów spalinowych po asfalcie. (…)
 
Pamięci poprzez muzealnictwo potrzebne są dźwięki i obrazy miasteczka najbliższe prawdziwym. Tym uchwytnym jeszcze okresem są czasy II Rzeczypospolitej. (…)
Aleksander Janowski odwiedzając Kazimierz na Wisłą na początku XX w. tęskni Widok to zaiste niezwykły a pełen powabu. Gdybyśmy się też przenieśli myślą z górą o pół tysiąca lat, – gdy rynek wrzał życiem [...] obraz ten byłby tysiąckroć piękniejszy[69]. Czyż i dziś spoglądając w przeszłość nie wyglądamy jakiegoś zmartwychwstałego miasteczka, choćby i muzealnego.
 
 
Źródła:
[1] I. L. Perec (w) Antologia poezji żydowskiej. Warszawa 1983, s. 29-30.
[2] Por. L. Hochberg, Księgi pamiątkowe Żydów polskich, „Biuletyn ŻIH”, Nr 2, 1990, s. 103-129.
[3] Np. L. Świetlicki, Ulica lubelska w Piaskach – historia domów i ludzi. Piaski 2003.
[4] Wymagane jest zharmonizawanie zabudowy z ukształtowaniem terenu muzeum, zapewnienie nowoczesnej infrastruktury a także odpowiedniego bezpieczeństwa budynkom i wyposażeniu. Masowe pożary, jakie trawiły miasteczka o drewnianej zabudowie każą w szczególny sposób myśleć o wymogach ppoż.
[5] Warto zwrócić uwagę na postrzeganie miasteczka innymi zmysłami. Kolory bruków, płotów, ścian domów, wnętrz, ubrań, gra świateł pokazana nocą przez wędrówki z latarką po miasteczku to temat weryfikujący precyzję muzealnej realizacji. Zapach wewnętrzny miasteczka, np. wylewanych na ulice nieczystości, z zawiewaniem od rzeźni i służących do dezynfekcji wapnem i karbolem. I nawiew zewnętrzny, z napływającą wonią łąk, upraw, lasów. Także doznania smakowe są wspominanym i rejestrowanym elementem miasteczka.
[6] Parlophon. Warszawa. 1931 [katalog], efekty dźwiękowe, płyty nr 44735, 44739, 44826.
[7] J. Górak, Podcieniowa zabudowa miasteczek Lubelszczyzny. Zamość 1996, passim.
[8] Ch. Zylberklang, Z Żółkiewki do Izraela. Lublin 2003, s. 47.
[9] G. Miliszkiewicz, Elektryfikacja Lubelszczyzny. Ze szczególnym uwzględnieniem lokalnej elektryfikacji miasteczek Lubelszczyzny w 1 poł. XX w. Założenia, projekty i materiały do ekspozycji zagadnienia elektryfikacji Lubelszczyzny oraz do zajęć edukacyjnych i działań parateatralnych w Muzeum Wsi Lubelskiej. Lublin 2005. Mps. w Archiwum MWL.
[10] APLOCh, Notariusz Tomasz Błeszyński w Chełmie, sygn. 6, Rep. 266/1935.
[11] APLOCh, Akta gm. Rejowiec, Kontrola przedsiębiorstw przemysłowych, 1935, sygn. 47.
[12] M. Poprzęcka, Kuźnia. Mit, alegoria, symbol. Warszawa 1972, s. 8-9.
[13] Inf. Władysław Szczęsny z Baranowa.
[14] Ch. Zylberklang, op. cit., s. 47, por. też P. Burchard, Za ostatnim przystankiem. Warszawa 1985, s. 110.
[15] Różnym dźwiękom specjalnym poświęcony był 9 płytowy album, krążki 25 cm, w cenie 135 zł, B. Rudzki. Warszawa. Ogólny spis płyt, ok. 1934, s. 189.
[16] Por. G. Miliszkiewicz, Problematyka …, op. cit., tab. 17.
[17] Inf. Władysław Pożarowszczyk z Ruskiej Wsi.
[18] APLOCh, Akta gm. Grabowiec, Księga doniesień Posterunku P. P. w Grabowcu, 1932-1934, sygn. 136.
[19] APLOCh, Akta gm. Grabowiec, Księga doniesień Posterunku P. P. w Grabowcu, 1935-1936, sygn. 137.
[20] P. Burchard, op. cit., s. 109-110.
[21] APLOCh, Akta gm. Grabowiec, Księga doniesień Posterunku P. P. w Grabowcu, 1932-1934, sygn. 136.
[22] Inf. Marianna Jarosz z Kocka.
[23] J. Rybiński, Słońce na miedzy, op. cit., s. 92-98.
[24] W okresie międzywojennym na Lubelszczyźnie Zaklików, Biskupice, Rejowiec, Izbica, Szczebrzeszyn, Bełżec oraz wąskotorowe Łaszczów, Uchanie, Wojsławice, Wawolnica, Opole Lub., Janów Podlaski, Konstantynów. Por. Urzędowy rozkład jazdy. Okres letni 1926. Ważny od 15 maja 1926 r. Warszawa.
[25] APLOCh, Akta gm. Siedliszcze, Księga uchwał osady Siedliszcze, 1928-1932, sygn. 22.
[26] APLOCh, Akta gm. Bukowa, Akta budowy bruku w os. Sawin, 1933-1936, sygn. 23.
[27] J. Perle, Żydzi dnia powszedniego. Wrocław 1998, s. 30.
[28] Inf. Józef Czarnecki z Ostrowa.
[29] Rozporządzenie Ministra Robót Publicznych …, op. cit., art. 30.
[30] APLOCh, Akta gm. Grabowiec, Księga doniesień Posterunku P. P. w Grabowcu, 1935-1936, sygn. 137.
[31] Rozporządzenie Ministra Robót Publicznych …, op. cit., art. 25.
[32] APLOR, Akta m. Kocka, O furmankach i komunikacji, 1922, sygn. 203.
[33] APLOR, Akta m. Kocka, Bezpieczeństwo i porządek publiczny, 1937-1938, sygn. 345.
[34] Inf. Lucjan Świetlicki z Piask.
[35] APLOCh, Akta gm. Grabowiec, Księga doniesień Posterunku P. P. w Grabowcu, 1935-1936, sygn. 137.
[36] To że maszyna pracuje lekko i cicho podkreślany był tylko sporadycznie w prospektach fabrycznych, np. zaznaczał to „Singer” w odniesieniu do maszyn do szycia. Wydawany przez Instytut Spraw Społecznych Kalendarz Bezpieczeństwa i Higieny Pracy. Warszawa 1935 nie dostrzega problemu hałasu w miejscu pracy, który wobec innych zagrożeń wydawał nie jeszcze nieistotny.
[37] APLOCh, Akta gminy Rejowiec, Zdrowie publiczne, 1935, sygn. 42.
[38] M. Grynberg, Sławatycze, domu mój …, Warszawa 2000, s. 33-34.
[39] Inf. Józef Czarnecki z Ostrowa Lubelskiego.
[40] Wspomnienia Zofii Grzesiak, por. M. Niezabitowska, Przymiarka do tematu, “Więź”, Nr 4 z 1983 r., s. 37.
[41] Inf. Józef Czarnecki z Ostrowa Lubelskiego.
[42] Inf. Anna Świetlicka z Piask.
[43] APLOCh, Notariusz Włodzimierz Rewski w Chełmie, sygn. 2, Rep. 1/1936.
[44] APLOR, Notariusz Henryk Taborowski w Łosicach, sygn. 1, Rep. 81/1933, sygn. 2, 34/1934.
[45] M. Grynberg, op. cit., s. 42.
[46] 92% krawców było Żydami. G. Miliszkiewicz, Problematyka, op. cit., tab. 21.
[47] Naśladownictwo akcentu Żydów mówiących po polsku stanowi jeden z najdłużej trwających elementów żywego dziedzictwa miasteczka.
[48] Ch. Zylberklang, op. cit., s. 39-40.
[49] APLOCh, Notariusz Tomasz Błeszyński w Chełmie, sygn. 7, Rep. 662/1935, sygn. 2, Rep. 518/1933.
[50] Inf. Jadwiga Mastalerczuk z Uchań.
[51] M. Grynberg, op. cit., s. 21-22, 37.
[52] Inf. Władysław Pożarowszczyk z Ruskiej Wsi.
[53] Inf . Gustaw Motyka z Wysokiego.
[54] Inf. Władysław Pożarowszczyk z Ruskiej Wsi.
[55] Ł. Kondratowicz, G. Miliszkiewicz, Opowieść o dwóch dzieciństwach. Lublin. 1995, s. 20, fot. 6.
[56] Ch. Zylberklang, op. cit., s. 53.
[57] B. Milner, Nowości patentowane, Warszawa, Mławska Nr. 5/17 [b. d. ok. 1930].
[58] H. Krall, Narożny dom z wieżyczką, „Odra” 1989, nr 11, s. 13-28.
[59] Inf. Krzysztof Niewęgłowski z Kocka.
[60] Ideał każdej straży pożarnej sikawka motorowa Leopolia. Unja Strażacka. Fabryka Sikawek i Przyrządów Pożarniczych, Sp. z ogr. odp, Lwów, ul. Piekarska 26. [druk reklamowy, ok. 1932 r.].
[61] APLOR, Związek Straży Pożarnych R. P., Oddział w Kocku, sygn. 7.
[62] Inf. Władysław Pączek z Kocka.
[63] W. Jaroszyński, op. cit., s. 133.
[64] Inf. Gustaw Motyka z Wysokiego.
[65] Inf. Józef Czarnecki z Ostrowa Lubelskiego.
[66] G. Miliszkiewicz, Problematyka …, op. cit., tab. 11.
[67] Inf. Czesław Adamczyk z Bobrownik.
[68] Inf. Władysław Pożarowszczyk z Ruskiej Wsi.
[69] A. Janowski, Wycieczki po kraju. III. Puławy. Kazimierz. Janowiec. Nałęczów. Warszawa 1907, s. 44.